Przemówienie Andrei Riccardiego w czasie uroczystości nadania tytułu „Człowiek pojednania”

30 Maja 2017

Warszawa, 28 maja 2017

Udostępnij

Jest mi niezmiernie miło zabrać z tej okazji głos i jestem bardzo wdzięczny za uznanie wyrażone przez Polską Radę Chrześcijan i Żydów dla mnie i dla mojej działalności na rzecz dialogu. Jestem także wdzięczny za przyjęcie mnie przez kardynała Nycza, Arcybiskupa Warszawy, do którego kieruję moje podziękowania. Gdy przechodziłem przez bramę pałacu arcybiskupiego, moja pamięć wróciła do czasów sprzed ponad ćwierćwiecza. Wówczas, we wrześniu 1989 roku, przybyłem tu, aby uczestniczyć w wielkiej manifestacji dialogu międzyreligijnego w duchu Asyżu, zorganizowanej przez Wspólnotę Sant’Egidio wraz z Arcybiskupem metropolitą warszawskim, Prymasem kardynałem Glempem, którego serdecznie wspominam. Był to 1 września 1989 roku, pięćdziesiąta rocznica wybuchu drugiej wojny światowej. Świat był jeszcze podzielony na dwa bloki, lecz w Warszawie panował klimat pełen nadziei na nadchodzącą wiosnę.
 
Z tej okazji, papież Karol Wojtyła, któremu bardzo zależało, aby spotkanie międzyreligijne w duchu Asyżu odbyło się w Warszawie, w orędziu telewizyjnym, pokazanym na warszawskim Placu Zamkowym - podczas wielkiej uroczystości zamykającej to spotkanie - skierował przesłanie do licznych przywódców wielkich religii, przybyłych z całego świata, oraz do tłumnie zgromadzonych tam ludzi. Wydawało się, że jest to wiosna, która połączyła mieszkańców Warszawy – będącej jeszcze pod uciskiem reżimu – z osobistościami wszystkich religii, nigdy dotąd tutaj nie spotkanych.
 
Papież przypomniał wielkie cierpienia drugiej wojny światowej: „Ja sam – mówił – pamiętam, że  ten plac, na którym jesteście zgromadzeni, był całkowicie zniszczony: jego ruiny przedstawiały, w pewnym sensie, los całego Narodu …”. „Ale – zauważył – jest siła potężniejsza od przemocy, siła pokoju i wiary.” Było to jego przesłanie, które chciał skierować także do religii, które doświadczały pokusy przemocy. Tego pamiętnego 1 września 1989 powiedział:
„Pięćdziesiąt lat później na ulicach Warszawy rozbrzmiewa już nie echo ciężkich żołnierskich kroków wojsk okupacyjnych, ale lekkich i przyjacielskich kroków pielgrzymów, mężczyzn i kobiet wyznających różne religie, przybyłych ze wszystkich stron świata, nie mających innej siły, jak siłę wspomnień, która pobudza do refleksji i żarliwej modlitwy o pokój.”
 
Wówczas, we wrześniu 1989 roku, powietrze w Warszawie było przesiąknięte obawami – zarówno ze względu na wspomnienia światowego konfliktu, który spustoszył Polskę ogniem i mieczem, i pozostawił wielu pokoleniom przerażającą pamięć, jak i na niepewność sytuacji politycznej Polski i Europy, która wydawała się podążać w kierunku przemiany. Jednakże ten system, oparty na podziale Europy – czego symbolem był Mur – jak się wydawało, miał trwać jeszcze długie lata – przynajmniej w opinii wielu osób z ówczesnych lat. 
 
Wielki historyk polski, Bronisław Geremek (miałem okazję spotykać się z nim jako przyjacielem i którego widziałem ostatni raz w Paryżu na krótko przed jego śmiercią) opowiadał, że w listopadzie 1989 roku, miesiąc lub dwa po modlitwie w Warszawie, rozmawiał z Kanclerzem Niemiec Kohlem. Lider Niemiec powiedział mu: „Ani ja, ani Pan nie doczekamy Niemiec zjednoczonych”. Rok później, 3 października 1990 roku, Niemcy się połączyły. 9 grudnia 1990 roku Lech Wałęsa został wybrany prezydentem Polski. Cały ówczesny system runął. Jan Paweł II był jednym z głównych bohaterów upadku tego Muru. Ale w jaki sposób? 
 
Karol Wojtyla był wyzwolicielem. W jego czasach słowo „wyzwolenie” miało magiczne znaczenie nie tylko wśród lewicowych ruchów w Europie lub Ameryce Łacińskiej, ale także w kontekście walki o zlikwidowanie kolonii. Jednak papież nie wierzył, że wyzwolenie nadejdzie ze strony ruchów marksistowskich, których teorię i praktykę poznał w Europie Wschodniej. Proponował drogę w przeciwnym kierunku: pierwszym zadaniem Kościoła nie była polityka, lecz stworzenie ludzi wolnych. Benedykt XVI, w udzielonym mi wywiadzie, na temat swojego poprzednika stwierdził: „Jan Paweł II nalegał, aby myśleć o teologii wyzwolenia także w sposób pozytywny, po wyjaśnieniu jej negatywnych aspektów i niewłaściwego pomieszania pojęć [miał na myśli marksizm]. Nie wiem na ile nam się później udało sformułować je w sensie pozytywnym.”
 
 
Mur między żydami a chrześcijanami
 
Czerpiąc ze swej wiary chrześcijańskiej, Jan Paweł II był wyzwolicielem, konstruktorem otwierającym drogi przejścia i burzycielem murów podziału. Lecz wiara chrześcijańska nie wiodła Go do potwierdzenia jakiegoś planu politycznego, ale prymatu zmiany – powiedzmy, nawrócenia – począwszy od siebie samego. Wielki myśliciel żydowski Martin Buber stwierdza: „Zacząć od siebie samego: to jedyne, co się liczy. To punkt Archimedesa, dzięki któremu mogę podnieść świat rozpoczynając od przemiany samego siebie”.
 
Karol Wojtyła był człowiekiem gorącej wiary i nieustannej modlitwy: tu znajduje się głęboka siła napędowa zapoczątkowanych przez niego zmian w historii oraz zakreślonych przez niego wizji . W liście do Efezjan czytamy: „On bowiem jest naszym pokojem. On, który obie części [ludzkości] uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur - wrogość…” (Ef. 2, 14).
 
Karol Wojtyła rozpoczął burzenie tego muru już jako bardzo młody człowiek, w sposób bardzo osobisty, poprzez przyjaźń. Pierwszym murem do obalenia był mur dzielący Żydów i chrześcijan. Mur tysiącletni, steologizowany, splamiony krwią, którego zburzenie wydawało się jednak niemożliwe. Rozpoczął to dzieło już w młodości, pod mądrym kierunkiem swojego ojca, i kontynuował aż do czasów pontyfikatu. Jest to historia przyjaźni w liceum i kontaktów z wadowickimi Żydami. Kiedy jego żydowski przyjaciel Jerzy Kluger – którego miałem przyjemność spotykać wielokrotnie – doświadczył wrogiego gestu ze strony jakiejś kobiety, ponieważ wszedł do kościoła, dziesięcioletni wówczas Karol powiedział: „Ta kobieta nie wie, że wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga”.
 
Wobec antysemickich manifestacji, profesor z liceum Karola i Jerzego – w klasie, w której było wielu uczniów żydów, przypominał, co Mickiewicz napisał 1848: „Izrael … nasz starszy brat”. Rzeczywiście, wobec ostrych przejawów antysemityzmu, w kulturze polskiej, z której czerpał młody Wojtyła, istniał nurt filosemityzmu, którego pulsowanie wyczuwa się w dziełach Mickiewicza. Ten poeta – jak widzą Państwo lepiej ode mnie – w latach dojrzałych rozwinął mistyczną wizję współzależności Żydów i Polaków: Izrael był „starszym bratem” narodu polskiego, „drugiego narodu wybranego”, a nie intruzem na katolickiej ziemi, którego należy zamknąć w gettach (Polska z resztą nie znała nigdy takich gett, jakie były w większości krajów Europy, chociaż znała antysemityzm: poznała je dopiero za czasów Nazistów). 
 
Temat Izraela „starszego brata” został podjęty przez papieża w1986 roku, kiedy to z okazji wizyty w największej synagodze rzymskich Żydów, odbył podróż krótką geograficznie, lecz długą duchowo, podróż pokonującą wieki wrogości, nienawiści, murów, gett i poniżenia. I również tutaj, na znak przyjaźni: osobistej przyjaźni z rabinem Rzymu, Elio Toaffem, jedyną osobą, którą wspomina  w swoim testamencie obok kardynała Stanisława, wyjątkowego sekretarza na całe życie, jakby chciał przypomnieć, że biskup Rzymu musi być przyjacielem rabina swojego miasta. 
 
Przeprowadziwszy się do Krakowa w 1939 roku, Wojtyła zdążył poznać miasto z żywo tętniącym nurtem żydowskim, stanowiącym ok. 25 procent mieszkańców. Potem, podczas okupacji nazistowskiej, był bliskim świadkiem Shoah, zabijania, zamykania w gettach i zagłady Żydów. W 1976 roku, kardynał Wojtyła wygłaszający kazanie przed Pawłem VI, podkreślał: „obozy koncentracyjne pozostaną na zawsze w pamięci jako rzeczywiste symbole piekła. W nich zostało wyrażone największe zło, jakie człowiek jest zdolny wyrządzić drugiemu człowiekowi”. Jan Paweł II niósł w sobie dramatycznie osobiste znaczenie Shoah, mając do Żydów i do tego straszliwego wydarzenia stosunek, jakiego nie miał żaden inny papież. Dziennikarzowi prowadzącemu z nim wywiad i zadającemu pytanie o Shoah: „A więc, Ojcze święty, to ma być dodatkowe sześć milionów świętych?”, odpowiedział bez wahania: „Tak, mamy sześć milionów świętych więcej”.
 
W czasach powojennych, w Kościele krakowskim prowadzonym przez kard. Sapiehę, który osobiście uczestniczył w uroczystościach upamiętniających powstanie w getcie w Warszawie, nie czuło się klimatu antysemityzmu wobec „niewidzialnych Żydów”. A w 1969 roku, pomimo oficjalnie manifestowanego przez komunistyczny reżim antysemityzmu, arcybiskup Wojtyła odwiedził synagogę w Krakowie – co było faktem niezwyczajnym dla biskupa tej epoki – i został przyjęty przez pozostałych członków wspólnoty żydowskiej, dawniej tak żywotnej. Wojtyła rok po roku obalał Mur istniejący między Żydami i chrześcijanami w Polsce; a potem, śladem postanowień Soboru Watykańskiego II, przeniósł tę wrażliwość na tron Piotrowy.
 
Szczególnie ważne są pod tym względem trzy zdarzenia – rozpoczynając od pielgrzymki do obozu Auschwitz, centralnego miejsca w wizji Wojtyły, gdzie przed tablicą w języku hebrajskim powiedział: „Ten to naród, który otrzymał od Boga przykazanie «Nie zabijaj», w szczególnej mierze doświadczył na sobie zabijania. Wobec tej tablicy nie wolno nikomu przejść obojętnie”. Jan Paweł II pokazał ludowi żydowskiemu, że głęboko podziela wielki ból Shoah. Następnie była wizyta w synagodze w Rzymie (gdzie potwierdził nierozerwalny związek pomiędzy Kościołem a Izraelem) i pielgrzymka do Izraela.
 
Pamiętam, że po powrocie z Izraela papież powiedział mi: „Tam coś się wydarzyło!”. Mówiłem mu o przyjęciu przez chrześcijan, ale on odpowiedział: „Nie, przyjęcie przez Żydów, którzy okazali mi wielką serdeczność, naprawdę wielką: tam coś się wydarzyło!”. A gdy spytałem go o przyczynę, odpowiedział, żartując: „Może to urok najwyższego kapłana”. I powtarzał, mówiąc do siebie, jak czasem mu się zdarzało: „W Ziemi  Świętej coś się wydarzyło…”. Tak, przede wszystkim mur już nie istniał.
 
 
Obalić mury między narodami 
 
W swej ostatniej książce, Pamięć i tożsamość, papież pisze: „Niezmiernie ważnym czynnikiem etnicznym w Polsce była także obecność Żydów. Pamiętam, iż co najmniej jedna trzecia moich kolegów z klasy w szkole powszechnej w Wadowicach to byli Żydzi. […] A więc polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie”. Chcę to mocno podkreślić, tak właśnie widział polskość Karol Wojtyła! Wojtyła był tym typem patrioty, który nie eksponuje murów i nacjonalistycznych granic. Poczucie polskiej narodowości u Wojtyły, zakorzenione w chrześcijaństwie, było otwarte na różne składowe czynniki etniczne i religijne. Korzenie katolickie nie prowadziły do państwa wyłącznie katolickiego, jak to było w przypadku Hiszpanii Franco.
 
W historii Polski papież idealizował okres Jagiellonów, który uważał za przykładny ze względu na międzynarodowy wymiar, na ten „polski uniwersalizm” – jak mawiał. Papież – przypomnę – lubił często cytować powiedzenie króla Zygmunta Augusta: „Nie jestem królem waszych sumień”. W ten sposób podkreślał wartość wolności sumienia i religii, które, jak przypominał, były podstawą nauczania Soboru Watykańskiego II. Kościół Karola Wojtyły nie bał się wolności i pluralizmu, także dlatego, że papież dobrze znał bolesne doświadczenie braku wolności i jednolitej szarości jedynie słusznego systemu. 
 
Innym okresem w historii Polski, który był papieżowi szczególnie bliski, były czasy marszałka Piłsudskiego, które były dla niego symbolem odzyskania przez Polskę niepodległości i polskości nieopartej wyłącznie na kryterium etniczno-narodowym. Janowi Pawłowi II podobały się państwa otwarte na pluralizm etniczny i religijny. Pamiętam, jak po jednej z podróży do Kanady z entuzjazmem opowiadał w mojej obecności o tym kraju, pluralistycznym w swych komponentach etnicznych i religijnych, ale też otwartym na emigrantów z całego świata.
 
Spuścizna, jaką pozostawił nam zmarły w 2005 roku papież, to obalanie murów wewnątrz narodów i pomiędzy narodami. Katolickie korzenie narodu – jak słusznie myślał – nie są podważane przez obecność ludzi innych chrześcijańskich wyznań czy innych religii, lecz przez niewierność samych katolików wobec swej wiary. Jego wizja była wizją religijną, nie etniczno-nacjonalistyczną. I tak, nie wyobrażał sobie Polski bez Żydów, on, który był synem wschodnich ziem Europy, Galicji, gdzie od wieków współistnieli ze sobą chrześcijanie i Żydzi, katolicy, grekokatolicy i prawosławni. W 1991 roku papież mówił: „Różnorodność kulturowa, etniczna i językowa należy do porządku ustanowionego w akcie stworzenia i jako taka nie może być zlikwidowana” Podkreślam: różnorodność należy do porządku stworzenia!
 
 
Mury między Wschodem a Zachodem.
 
Nie mogę tu opowiedzieć o wszystkich rzeczach, poprzez które Jan Paweł II przyczynił się do upadku Muru dzielącego Europę. To historia znana wszystkim i tylko do niej nawiążę. Jan Paweł II wierzył, że Mur można zburzyć, ale nie przemocą. Wojtyła został wybrany na papieża w świecie naznaczonym pesymizmem – nic się nie mogło zmienić, a mury miały trwać wiecznie, tak powszechnie sądzono. On zaś wyznaczył oryginalną drogę, która nie była oparta ani o przemoc jako narzędzie zmiany sytuacji ucisku i podziału, ani o postawę rezygnacji wobec historii. Nie podzielał pesymizmu, nawet kiedy był on nazywany realizmem. 
 
Zmiana poprzez rewolucyjną przemoc stanowiła stały element historii świata, czerpiąc swe początki z rewolucji francuskiej 1789 roku, ale i później wielokrotnie powtarzając się w innych wydarzeniach, jak np. w rewolucji bolszewickiej czy ruchach wyzwolenia Trzeciego Świata. Tylko na drodze rewolucji można było prawdziwie zmienić układ rzeczy. W pewnym sensie jednak rok 1989 Jana Pawła II pogrzebał rok 1789, potwierdzając siłę przemiany, jaką niesie transformacja pokojowa. Po roku ‘89 radykalnej zmiany nie utożsamia się już koniecznie z procesem rewolucyjnym.
 
W ciągu dziesięciu lat pontyfikatu  Jan Paweł II sprawił, że na powierzchnię wydostały się głęboko tkwiące w Europie Wschodniej siły duchowe i moralne, odrzucające jednocześnie przemoc i rezygnację. To właśnie te siły, zmobilizowane w sposób mądry i odważny, umiejętny i roztropny, ale też śmiały, obaliły Mur dzielący Europę. Papież doświadczył pokojowej mocy moralnej energii narodów także podczas wychodzenia Filipin spod dyktatury Marcosa czy w Chile spod władzy Pinocheta. 
 

Mur między Północą a Południem 
 
Pod takim naciskiem runął Mur między Wschodem a Zachodem. Istniała jednak jeszcze inna granica, mniej sztywna, ale bardzo odporna, na której obalenie Jan Paweł II bardzo mocno naciskał – granica między Północą a Południem. Tę granicę wyznaczała gospodarcza przepaść między społeczeństwami ubogimi a zamożnymi, między światami, w których poziom życia i los mieszkańców diametralnie się od siebie różniły. Już Paweł VI naświetlił ten problem pół wieku temu w encyklice Populorum progressio. Jan Paweł II stwierdzał w Sollicitudo rei socialis:  „Obfitości dóbr i dostępnych usług w niektórych częściach świata, przede wszystkim w rozwiniętej Północy, odpowiada na Południu niedopuszczalne zacofanie, a właśnie w tej strefie geopolitycznej żyje większa część rodzaju ludzkiego”. 
 
Dla niego Południe („wielkie rzesze głodujących, żebrzących, bezdomnych, pozbawionych pomocy lekarskiej, a nade wszystko nie mających nadziei na lepszą przyszłość …” – jak ich określał) było jak ubogi Łazarz, leżący u bram pałacu wystawnie ucztującego bogacza. Czy Północ chce być podobna do owego człowieka, surowo potępionego w Ewangelii? Biada Północy, która wystawnie ucztuje  w zaciszu własnego domu, schroniona za murami, podczas gdy lud Łazarza cierpi głód! 
 
Ta postawa obojętności pobrzmiewała (i nadal pobrzmiewa) również w relacji do imigrantów. Jan Paweł II traktował imigrantów z wielką uwagą. W 1988 roku przekształcił watykańską komisję ds. migrantów w dykasterię: Papieską Radę ds. Duszpasterstwa Migrantów i Podróżnych. Wszyscy imigranci, niezależnie od pochodzenia i religii, zasługiwali na uwagę. W 1989 roku papież apelował, by imigranci, także niechrześcijanie, znajdowali «u chrześcijan jednoznaczne świadectwo miłości Boga w Chrystusie. Powinni oni doznawać przyjęcia tak serdecznego i bezinteresownego, ażeby pobudziło ich to do refleksji nad religią chrześcijańską i motywami owej wzorowej miłości». 
 
Ale już poprzednim wieku rysowała się tendencja do zamykania granic: „Łódź jest pełna!” – mówiono w Szwajcarii Żydom uciekającym przez nazizmem. „Musimy ocalić naszą tożsamość przed inwazją innych, tak bardzo od nas różnych” – powtarza się dziś. Wielki Jan Paweł II ubolewał nad tym już w 1989 roku: „Wiele krajów przejawia skłonność do zamykania granic”. Nie chcę tu cytować zbyt wielu fragmentów jego nauczania, ale dla Jana Pawła II migranci nie stanowili wyłącznie faktu socjologicznego – w nich spotyka się samego Chrystusa, a Kościół jest ze swej natury obecny w świecie migrantów.
 
Według Karola Wojtyły, „Dla człowieka wierzącego przyjęcie bliźniego nie jest jedynie gestem filantropii czy zwyklej ludzkiej życzliwości. Jest czymś znacznie więcej, bo w każdym człowieku chrześcijanin potrafi dostrzec Chrystusa, który pragnie, byśmy kochali Go i służyli Mu….”. Tego przecież uczy 25. rozdział Ewangelii wg św. Mateusza.  W tym duchu papież wypowiedział się też w 1998 roku: „Kościół jest ze swej natury solidarny ze światem migrantów, gdyż wielość ich języków, ras, kultur i obyczajów przypomina mu o jego własnej kondycji ludu pielgrzymującego ze wszystkich zakątków ziemi ku wiekuistej ojczyźnie. Taka wizja pomaga chrześcijanom odrzucić wszelką mentalność nacjonalistyczną i wyrwać się z ciasnych schematów ideologicznych”. To są słowa, nad którymi warto zastanowić się głębiej. To słowa papieża, który pragnął obalenia muru między Północą a Południem świata.
 
I jeszcze jedna ważna definicja: „Wyrazem katolickości jest nie tylko braterska wspólnota ochrzczonych, ale także gościnność okazana cudzoziemcowi, niezależnie od wyznawanej przez niego religii”. Migranci to ci, którzy pokonują mur dzielący Północ od Południa. Dziś tę granicę tworzą pustynie, morza, wyzysk, a wizja i nauczanie Karola Wojtyły sprzed ćwierć wieku miały przewidującą jasność. 
 
 
Dziedzictwo Jana Pawła II 
 
Czy dzisiejsza Europa zapomniała o Janie Pawle II? Częściowo tak, lub pamięta go fragmentarycznie, jeden aspekt tak, ale drugi już nie, a przecież był to papież, który poprzez rozległość swego spojrzenia był prawdziwie katolicki, powszechny. Dlatego właśnie w 2011 roku napisałem książkę zatytułowaną „Jan Paweł II. Biografia” – historię człowieka i papieża, który wciąż jeszcze wiele może nas nauczyć. Dziedzictwo, które pozostawił, jest obszerne i złożone: to dziedzictwo mocnej wiary, która nie czuje potrzeby chronienia się za murami, aby uniknąć kontaktu z innymi, posiadającymi inną wiarę czy inną historię.
 
Uważam, że gdyby nie został papieżem, dziś mówilibyśmy o nim jako o europejskim Gandhim lub Mandeli naszego kontynentu. Nie czyni się tego, ponieważ został zapamiętany przede wszystkim jako głowa Kościoła katolickiego, a może też z powodu powszechnej dziś świeckości myślenia, ale trzeba uznać, że był on wielkim wyzwolicielem spod moralnej i politycznej niewoli murów. Polska winna być zawsze dumna z tego, że dała światu tak wielką postać, nie zapominając o uniwersalizmie jego przesłania. Z polskiego narodu i z Kościoła popłynęło wielkie przesłanie – jak marzyli o tym polscy poeci – o wyzwoleniu z murów odziedziczonych po historii, zarówno tych, które przyniosła zimna wojna, jak i tych, które wyrosną w przyszłości. Jego dziedzictwem, oprócz mocnej jak granit wiary, jest też pozbawiona przemocy siła sumień narodów, nad którą powinniśmy się zastanowić, ponieważ wskazuje ona na odpowiedzialność, jaką wszyscy ponosimy za obalanie wciąż na nowo wzrastających i odradzających się murów.
 
Europa, w której żyjemy, zbytnio uległa rezygnacji i strachowi przed przyszłością – przejawia się to w murach i konkretyzuje poprzez nieprzyjmowanie życia lub decyzje o jego niepoczynaniu. Papież Franciszek, w trakcie wizyty w bazylice św. Bartłomieja, powierzonej Wspólnocie Sant’Egidio, która (decyzją Jana Pawła II) podtrzymuje w niej pamięć o nowych męczennikach XX wieku, mówił rozgoryczony: 
„Pomyślmy o okrucieństwie, tym okrucieństwie, które dziś zawzięło się na tak wielu ludzi, o wyzysku tych ludzi… Ludzi, którzy docierają tu na łodziach i zostają tu, w państwach tak hojnych jak Włochy czy Grecja, które ich przyjmują, ale potem traktaty międzynarodowe nie pozwalają… Gdyby każda włoska gmina przyjęła po dwie osoby, dwóch imigrantów, wystarczyłoby miejsca dla wszystkich. Oby tą szlachetność Południa, Lampedusy, Sycylii, Lesbos, zaraziła się też choć trochę Północ. To prawda: nasza cywilizacja nie rodzi dzieci, ale też zamyka drzwi przed imigrantami. To się nazywa samobójstwo. Módlmy się!”
 
Nie wolno nam jednak ulegać pesymizmowi. Musimy żyć nadzieją, którą Jan Paweł II żywił nawet w najtrudniejszych chwilach. Wszach pisał papież-poeta: „Miłość sama równoważy los”. I wzywał: „Promień światła niechaj pada w serca i prześwietla mroki pokoleń. Strumień mocy niech przenika słabości”.
 
Historia pełna jest niespodzianek – mawiał  i dodawał: „Ale wszystko może się zmienić. Zależy to od każdego z nas. Każdy może rozwijać w sobie potencjał wiary, uczciwości, poszanowania innych, ofiarności w służbie bliźnim”. Tak, drodzy przyjaciele, zależy to także od nas, także ode mnie. Dlatego właśnie nie możemy żyć przytłoczeni rezygnacją lub przyjmując postawę obronną. Historia może się zmienić. Już to widzieliśmy i jestem pewien, że jeszcze zobaczymy. 
 
Andrea Riccardi